Bóg dał mu talent, życie zabrało miliony, ale legendą polskiej piłki i tak zostanie...
"Okoński? Najlepszy lewonożny piłkarz w historii Bundesligi" - tak mówili niektórzy niemieccy dziennikarze. "Lewa noga znaczyła dużo więcej niż u niektórych dwie" - to opinia o panu Kazimierza Górskiego. Skąd to pokrętło w lewej nodze?
Mirosław Okoński: - Nauczyłem się tego w szkółce Gwardii Koszalin, jako ośmioletni chłopak. Po mnie był tam też m.in. Mirek Trzeciak. Ojciec miał pretensje, że wybrałem Gwardię, czyli klub milicyjny, a nie Bałtyk, klub budowlany. Jako ośmiolatek wygrywałem turnieje strzelców, pięcioboje piłkarskie polegające na odbijaniu futbolówki lewą nogą przez paliki, prawą, głową. Grałem dzień w dzień na podwórku. Już wtedy spokojnie podbijałem piłkę trzy tysiące razy.
Słyszałem, że umiał pan "gasić" na nodze podrzuconą w powietrze monetę, która spadała płasko na but.
- Dziś mało komu nie spadłaby piłka ze stopy! Jak poszedłem do Legii, to w szatni niektórzy sobie podbijali piłkę. Stefan Majewski i inni. Ale oni, by ją podbijać, musieli wstawać, a ja podbijałem futbolówkę siedząc. Kochałem technikę od dziecka, do dziś ją mam i nawet na meczach oldbojów wciąż zdarza mi się dostać sporo braw! Mam 50 lat, a kibice wciąż mówią, że to jest nieprawdopodobne. Dzięki technice zauważył mnie Guenter Netzer. To ona otworzyła mi drzwi do kariery. Netzer, po obejrzeniu meczu Lecha, powiedział do trenera-legendy Ernsta Happela: "Słuchaj, mam jednego zawodnika, dziesiątka na koszulce". Happel, po obejrzeniu mojej gry, odpowiedział mu: "Jak nie przywieziesz mi Okońskiego, możesz w ogóle nikogo nie kupować". Pięć razy do Poznania i Warszawy przyjeżdżał Netzer, który pracował nad tym transferem. Przyjeżdżał i wyjeżdżał. Nic z tego - mówiono mu. Problem był taki, że oni - ludzie z Zachodu - w ogóle nie zdawali sobie sprawy, że u nas jest przepis, iż piłkarz musi mieć 30 lat, by pozwolono mu wyjechać. Ja miałem wtedy 28. Pomogło jednak pismo, które wysłałem do PZPN.
Kto jeszcze przyjeżdżał oglądać Okońskiego?
- Chociażby wysłannicy Paris Saint Germain, gdy miałem 21 lat. Wtedy sponsorem paryżan był słynny aktor Jean-Paul Belmondo, niesamowity kibol tego PSG. Przyjeżdżał więc kilka razy do Poznania, gdzie mieszkał w hotelu "Merkury". Chciała mnie również Admira Wacker Wiedeń. Też się nie dało. Dopiero po moim liście otwartym, gdy spytałem: kiedy wy chcecie zarobić na mnie pieniądze? Gdy na rencie będę? W 1986 roku trafiłem więc do HSV.
Tam upokarzał pan obrońców.
- Na treningach musiałem grać przeciw Manfredowi Kaltzowi, najlepszemu obrońcy Bundesligi, w której rozegrał ponad 600 meczów. Happel wystawił mnie na lewą pomoc, więc grałem przeciwko niemu, bo on był prawym obrońcą. Kolega, który grał w Olimpii Poznań, stał z boku i mówił mi: graj to, co grałeś w Poznaniu. Siłą rzeczy musiałem doszlifować umiejętność dryblingu. Ośmieszałem Kaltza strasznie, kiwałem go jak psa, z uśmiechem na buzi. Dziwię się skąd miałem tyle werwy w sobie. Jak on musiał mnie nienawidzić? Albo moja bramka roku w Europie, gdy okręciłem w polu karnym pięciu obrońców Fortuny Duesseldorf. Wpadałem w amok, gdy miałem piłkę u nogi. Skakałem pół metra, uciekałem przed ich faulami. W sezonie 1986/87 wychodziło mi wszystko, więc wybrano mnie drugim w plebiscycie na najlepszego piłkarza Bundesligi, za Uwe Rahnem, a przed Lotharem Matthaeusem.
http://sport.onet.pl/74456,1248770,2023898,druk_wiadomosc.html
Komentarze:
Dodaj Komentarz:




